Nie jestem bohaterem. Burghart Klaussner nie tylko o roli Fritza Bauera [WYWIAD]

Data publikacji: 20.01.2017
Zawsze uważałem, że aktor bardziej przypomina psychologa niż naukowca – Burghart Klaussner opowiada o swojej roli w filmie "Fritz Bauer kontra państwo", o tropieniu nazistów oraz o wpływie Maja ‘68 na niemieckie społeczeństwo. Film w polskich kinach można oglądać od 20 stycznia 2017.

Fritz Bauer – prawnik, który domagał się osądzenia nazistowskich zbrodniarzy i przyczynił się do ujęcia Adolfa Eichmanna – był jednym z idoli pokolenia Maja 1968. Kiedy sam po raz pierwszy zetknąłeś się z tą postacią?

W bardzo podobnym czasie. Poszedłem na studia w roku 1969, gdy moje otoczenie wciąż żyło rewolucyjnymi ideami i uważało Bauera za swojego patrona – wściekłego buntownika, który pamiętał dawne czasy i nawoływał Niemców do rozliczenia się ze związków z nazizmem. W tamtym okresie nie wiedziałem jednak o nim niczego więcej.

Czy sam także zaangażowałeś się w studenckie protesty?

Tak, choć urodziłem się zbyt późno, by znaleźć się w centrum wydarzeń. Pół żartem, pół serio mawiam zresztą, że ze wszystkim w życiu spóźniam się o parę lat. Niemniej, gdy przybyłem na uniwersytet, wciąż panowała tam buntownicza atmosfera. Choć protesty, które wybuchły po zamachu na lewicowego działacza Rudiego Dutschke, miały miejsce rok wcześniej, można było odnieść wrażenie, że tak naprawdę wydarzyły się wczoraj. Było to dla mnie przeżycie tym większe, że wywodziłem się z dość bogatej, konserwatywnej rodziny. Nie umiałem nawet wyobrazić sobie min rodziców, którzy dowiedzieliby się, że ich syn wybiera się na lewacką demonstrację. Początkowo moja aktywność nie miała zresztą nic wspólnego z polityką. Wychodziłem na ulice po prostu dlatego, że robili tak wszyscy moi przyjaciele.

Z czasem twoje zaangażowanie stało się bardziej ideowe?

Z pewnością. Na całe szczęście – zapewne dzięki swojemu wychowaniu i wcześniejszej edukacji – nie przekroczyłem granic radykalizmu. W ten sposób uniknąłem losu wielu znajomych, którzy później związali się z Frakcją Czerwonej Armii i innymi organizacjami tego typu, a potem zgnili w więzieniu albo wręcz stracili życie.

Atmosfera na waszych uczelnianych zajęciach musiała być gorąca.

Pamiętam, że gdy wszyscy rozpływali się nad wizją komunistycznej utopii, którą należy wprowadzić wszelkimi możliwymi środkami, ja jako jedyny zadawałem pytanie: "No dobrze, a co ze śmiercią, którą możemy ponieść przy tej okazji?". Słyszałem wtedy: "Och, daj spokój. Śmierć to po prostu fakt biologiczny. Jakie to ma znaczenie wobec wizji wielkiej rewolucji?". Zrozumiałem wtedy, że nigdy się nie dogadamy, bo mam do czynienia z ćwierćinteligentami.

Tego rodzaju ekstremizm był jednak zjawiskiem marginesowym?

Nawet jeśli, to właściwie wszyscy mieliśmy w sobie arogancję, której dziś trochę się wstydzę. Pamiętam, że – w trakcie zajęć w szkole teatralnej – zmuszaliśmy wręcz profesorów reprezentujących inne opcje światopoglądowe do zapisywania na tablicy lewicowych sloganów. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to groteskowo, niczym scenka z komunistycznych Chin, ale z drugiej strony nie mogliśmy chyba być bardziej pobłażliwi. Czuliśmy przecież potrzebę, by wyrazić sprzeciw wobec gigantycznej hipokryzji, z jaką wielu ludzi po latach zatajało swoje sympatie wobec nazistowskiego reżimu. Nic dziwnego, że byliśmy zdeterminowani i bardzo, bardzo wkurzeni.

Cały wywiad z Burghartem Klaussnerem można przeczytać tutaj:
http://film.dziennik.pl/news/artykuly/540081,fritz-bauer-kontra-panstwo-burghart-klaussner-wywiad.html